W obronie chudzielców

Autor: | Data: 02-7-2008 | Kategoria: Felieton | Komentarzy: 10

 W obronie chudzielców Spotykasz dawno niewidzianą koleżankę. Z daleka widzisz, że bardzo utyła, ale jej przecież tego nie powiesz, bo wiesz, że będzie jej przykro. Natomiast ona z rozbrajającą szczerością rzuca na przywitanie – ale schudłaś, wyglądasz jak kościotrup! Coś tu chyba nie gra...

Przeczytaj artykuł »  

Aborcja - temat powraca

Autor: | Data: 01-8-2008 | Kategoria: Felieton | Komentarzy: 10

 Temat aborcji powraca jak bumerang. Nie ma o czym mówić, pokłóćmy się o prawa kobiet do usuwania ciąży. Jesteś przeciwko, stajesz się obrończynią życia, jesteś za – automatycznie stajesz w jednym rzędzie z mordercami i psycholami. Brak szacunku dla argumentów strony przeciwnej jest, co śmieszne, niestety bardziej charakterystyczne dla dobrych i miłosiernych katolików, tych, którzy są „pro life”.Dziś temat powraca, gdy rząd chce znów zmieniać dotychczasowe prawo. Niektórzy twierdzą, ze na lepsze....

Przeczytaj artykuł »  

Boże Narodzenie w połowie listopada

Autor: | Data: 11-20-2007 | Kategoria: Felieton | Komentarzy: 10

    Święta, święta chociaż do świąt daleko   Boże Narodzenie, jak każde dziecko wie, jest w grudniu. Tymczasem komercja świąteczna nakazuje by sklepowe witryny już po Wszystkich Świętych były bogate w choinki, czerwone Mikołaje i kolorowe bombki. Za wcześnie, czy akurat?  

Przeczytaj artykuł »  

Wszystkich świętych a nie halloween

Autor: | Data: 10-28-2007 | Kategoria: Felieton | Komentarzy: 10

Zbliżają się nostalgiczne święta. Wspominamy wszystkich tych, którzy odeszli i nie ma ich już z nami. Przypominamy sobie ich uśmiech, zabawne historie, które uwielbiali opowiadać. Smutek miesza się z radością z tych wspomnień, które mamy. Jak w te uczucia wpisuje się stare, dla naszej kultury święto – halloween?

Przeczytaj artykuł »  

Teściowa - Kwintesencja masochizmu

Autor: | Data: 10-23-2007 | Kategoria: Felieton | Komentarzy: 10

Od kilku dni chodził mi po głowie ten tytuł. Tylko nie wiedziałam „z czym go zjeść”. O czym napisać? Na cale szczęście w takich podbramkowych sytuacjach, jest ktoś, kto  zawsze, zawsze bez wyjątku przychodzi na pomoc. TEŚCIOWA. Nieważne czy własna czy „pożyczona”  od koleżanki czy sąsiadki. Teściowa. To jest to!

Przeczytaj artykuł »  

Do kogo są podobne Twoje dzieci?

Autor: | Data: 06-8-2007 | Kategoria: Felieton | Komentarzy: 10

Moje dzieci są podobne do mnie. No i co z tego? A to, że z tego wynika wiele. Bo przecież w naszej kulturze ciągle pokutuje atawistyczne przekonanie, że lepiej, żeby dzieci były podobne do ojca. Bo co do tego, kto jest matką dziecka, nie ma wątpliwości. No chyba, żeby dzieci zostały zamienione w szpitalu, ale w dobie porodów rodzinnych, w trakcie których maluch od pojawienia się po tej stronie brzucha jest wciąż pod opieką mamy, albo taty, takie ryzyko jest minimalne. Natomiast co do ojca, to już sprawa nie jest taka oczywista. I tu potwierdzeniem nie wymagającym badań DNA jest fizyczne podobieństwo do domniemanego ojca. A jak dzieci są podobne do matki? To się robi problem. Po pierwsze to problem rodzinny teściów: „cała mama, jak nic”. I to krótkie zdanie zawiera w sobie ogromną dawkę niezadowolenia. Podszyte jest pytaniem: dlaczego ono jest tak podobne do ciebie (czyli do matki)? Może dlatego, że jest również moje? Że nie jestem tylko inkubatorem, ale również współtwórczynią tegoż dziecka? Że ono dziedziczy również moje cechy? Po drugie to problem sąsiedzki, a dokładnie to problem sąsiadek: „jaki on podobny do mamy!” „Cała mama!” „On nie wygląda jak twój” (to ostatnie do ojca). Zastanawiam się, czemu mają służyć te „życzliwe komentarze”? Pognębieniu ojca, okazaniu w taki sposób niechęci do matki dzieci, czy ukryciu własnej zazdrości? Zazdrości o co? A na przykład o to, że nam się „udało” i mamy dwoje dzieci różnej płci. Nie wszystkim się tak udaje, a w końcu urodzenie syna to ambicja nie jednej pary. Nie mamy aż takiego problemu z dziewczynkami, jak kraje dalszego i bliższego Wschodu, ale w końcu prawdziwy mężczyzna musi dom postawić, drzewo posadzić i syna spłodzić. Bezwzględnie podobnego do tatusia. Podobieństwo do mamy jest niewskazane, jest swego rodzaju skazą. I zadrą w oku sąsiadów, przede wszystkim, o ironio!  tych, którzy sami mają dzieci. Bo ci, co dzieci nie mają, pewnie niewiele uwagi zwracają na ludzi, którzy jeszcze nie osiągnęli nawet 1 metra wzrostu.W mojej rodzinie podobieństwo fizyczne jest zdecydowanie większe do linii żeńskiej. Po mamie mój brat i ja mamy kształt i kolor oczu, kolor włosów, kształt twarzy. Po tacie mam charakter. I jakoś nigdy z powodu owego podobieństwa fizycznego do mamy nie mieliśmy problemów. Może anty-życzliwość sąsiedzka była mniejsza? A może ludzie dawali sobie mniejsze prawo do wygłaszania bezsensownych uwag wobec bliźnich? "IMG_2044_min.jpg" Bo co z takich uwag wynika? Że podobieństwo do mamy jest gorsze, niż podobieństwo do taty? Nawet jeżeli przyjąć taki absurdalny punkt widzenia, to co ma z tym fantem, czyli podobieństwem zrobić dziecko, czy jego rodzice? Robić szkrabowi makijaż, czy od maleńkości poddać operacjom plastycznym? I jakie to tak naprawdę ma znaczenie, czy córka, albo syn są podobni da matki, ojca, babci, czy dziadka? Dla mnie nie ma. Rzadko kiedy potrafię określić, do którego z rodziców podobne jest dziecko. Może dlatego, że na takim „przypisaniu” mi nie zależy. Każde dziecko to niepowtarzalna jednostka, która dziedziczy cechy rodziców, dziadków, pradziadków, prapradziadków itd. itd. Pojawienie się każdego na świecie to niewiarygodny splot okoliczności, cała historia rodziny od tysięcy lat. Doszukiwanie się w dziecku, że paznokcie ma po babci ze strony ojca, a kształt ucha po pradziadku ze strony matki, to spłycanie tego bogactwa cech, które posiada każde dziecko. Bo może jednak ważniejsze niż kształt ucha jest, że dziecko ma słuch absolutny odziedziczony po praprababci, której jednak nikt z żyjących nie pamięta?I na koniec apel - choć apele w naszej rzeczywistości nie na wiele się zdają, wygłoszę swój naiwnie wierząc w jego skuteczność: Droga Sąsiadko, Sąsiedzie, Osobo Mniej lub Bardziej Znajoma, zachowaj swoje komentarze dla siebie! O maluchu można powiedzieć dużo więcej, niż tylko to, do kogo jest podobny, np. że jest energiczny, albo spokojny, że jest śmieszkiem, albo małym filozofem, że się szybko rozwija, że lubi bawić się z innymi dziećmi, albo woli bawić się sam. I jeżeli chcesz już coś powiedzieć, to trochę się postaraj, przyjrzyj się dziecku. A jak chcesz tylko komuś złośliwie dokuczyć, to głęboko zastanów się sam nad sobą, dlaczego sprawia Ci satysfakcję sprawianie komuś przykrości. Warszawa, 05.06.2007 r.Fot M.Pawłowiczhttp://www.michalpawlowicz.com

Przeczytaj artykuł »  

Polka nie chce rodzić ?

Autor: | Data: 06-5-2007 | Kategoria: Felieton | Komentarzy: 10

Nie chcę rodzić! To powtarza coraz więcej kobiet. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. W naszym kraju nie ma warunków do rodzenia. I co z tego, że mówi się o tym coraz głośniej, nic nie dają kampanie, artykuły, programy radiowe i telewizje. Władza mówi – rodź, siedź cicho w domu i nie wymagaj babo, boś stworzona do matkowania. We Francji rodzi się najwięcej dzieci, ale też, uwaga, najwięcej francuskich mam pracuje. Czyżby był jakiś związek między jednym a drugim? Śmiem podejrzewać, że tak. Chociaż w swoich podejrzeniach nie jestem wcale osamotniona, nic nie przekona polskiego, prawicowego rządu, że właśnie tak może być. Polskie matki dostają jałmużnę w postaci 1000 złotych becikowego i dłuższe urlopy macierzyńskie, które większości kobiet bardziej szkodzą niż pomagają. A można by zrobić tak wiele... „Moje dziecko dostało się do przedszkola!” oświadczyła mi niedawno uradowana koleżanka. Zrobiłam wielkie oczy, bo tematy przedszkolne nie są mi jeszcze dobrze znane. Jak to – dostała się? To do przedszkola też trzeba się DOSTAĆ? Okazuje się, że tak. W niektórych miastach trzeba mieć wystarczającą ilość punktów, aby móc posłać dziecko do takiej placówki. Za co punkty? Za pochodzenie? Coś mi to przypomina. Ale nie będę głośno mówić, co... Tymczasem przedszkola, żłobki to podstawa. Fajnie jest mieć dzieci, ale dobrze jest mieć możliwość „oddania” ich w dobre ręce na kilka godzin w ciągu dnia. Nie dla wygody, ale przede wszystkim, aby móc pracować i na dziecko zarabiać i aby móc mieć chociaż chwilę czasu tylko dla siebie. Kobieta, która spełnia swoje ambicje, jest w stanie wygospodarować chociaż trochę czasu na swoje potrzeby jest szczęśliwa. Tylko szczęśliwa kobieta może być szczęśliwą i dobrą, kochającą matką. Tymczasem w Polsce panuje przekonanie, że kobieta powinna siedzieć w domu i poświęcić całe swoje życie potomstwu. Przekonanie, jak widać mylne. Okazuje się, że polska kobieta woli nie mieć tych dzieci wcale niż urodzić ze świadomością, że w momencie narodzin dziecka jej życie zawodowe, prywatne się zacznie powoli kończyć. Potrzebne są dobre przedszkola, czynne przynajmniej do 20 a nie, jak jest teraz, do 15. Potrzebne są żłobki, prywatne placówki opiekuńcze, gdzie dzieci mogą się rozwijać bezpiecznie i pod okiem dobrych pedagogów. [s] Przydałoby się, oczywiście, zmienić także polskie, skostniałe, niesprawiedliwe i chore prawo. Dobrze by było, gdyby rząd nie nakazami i zakazami, ale promocjami w postaci np. mniejszego zusu dla matek wspierał pracodawców zatrudniających młode mamy. Ale to by było zbyt trudne. Dlatego rząd wydłuża macierzyński dając pracodawcom kolejny argument, dlaczego nie warto zatrudniać kobiet. Fatalna sytuacja w służbie zdrowia także nie sprzyja rodzeniu. Ciąża to koszt kilku tysięcy złotych, jeśli nie chce się spędzać długich godzin w kolejkach do lekarzy i być traktowaną jak „mięso armatnie”. Prywatny lekarz znaczy niestety w większości przypadków lepszy lekarz. Kosztują także dodatkowe, a jakże potrzebne, badania. O prenatalnych nie wspominam, bo dla naszej władzy są grzeszne, złe i niepotrzebne. Po urodzeniu też nie jest lekko. Wiadomo, dzieci chorują, trzeba wykupić leki. Pomijając wydatki na pieluchy, zabawki, mleko... Nie sprzyja także atmosfera przymusowego bohaterstwa. Panuje przekonanie, że kobieta w 100% musi poświęcić się dziecku. MUSI karmić piersią, porzucić swoje ambicje, przestać nawet marzyć o wyjazdach. A przecież można połączyć macierzyństwo z własnymi planami. Mało która to jednak wie, bo żyje w przekonaniu, że posiadanie dzieci jest równoznaczne z zamknięciem się w domu i poświęceniem całego wolnego czasu dla dziecka. Kto chce rodzić w kraju, w którym, jak twierdzi wielu – brak przyszłości? Trudno jest zdecydować się na dziecko, gdy perspektywy rozwoju są coraz bardziej nikłe, a jedyną dobrą rzeczą, którą można zrobić to wyjechać za granicę. To nieprawda, że polskie kobiety pod wpływem jakiegoś nacisku nie chcą rodzić dzieci, bo uznały, że macierzyństwo jest złe. Polki chcą mieć dzieci i wiele z nich ma, mimo że rodzenie dzisiaj to pewien rodzaj heroizmu i poświęcenia. Jednak jestem pewna, że dzieci byłoby o wiele więcej, gdyby panom Kaczyńskim, zamiast myśleć o przeszłości i rozliczaniu „przestępców” chciałoby się ruszyć i głową aby zastanowić się, co zrobić dla przyszłości. Polek nie należy zmuszać, ale zachęcać do rodzenia... Bo macierzyństwo naprawdę jest piękne!

Przeczytaj artykuł »  

Zamieszkajmy razem, kochanie!

Autor: | Data: 04-19-2007 | Kategoria: Felieton | Komentarzy: 10

Poznajesz faceta. Na oko dostaje 8/10pkt. Ponieważ nota jest i tak niebotycznie wysoka, inwestujesz w związek i wpadasz w wir randek. Twoja wyobraźnia idealizuje go dla Twojego dobra i  wpycha mu na głowę wieńce laurowe. Kiedy już wierzysz, że jesteś w bezpiecznej przystani i zamierzasz zacumowac na dłużej, pada propozycja: „Zamieszkajmy razem, kochanie. Co ty na to?”. No właśnie. I co Ty na to? Obawy. Boisz się, że szara codzienność wkrótce przerobi Twój światopogląd i dostroi ostrość w Twoich różowych okularach. Zwinięte w kącie brudne skarpetki, góra naczyń w zlewie i zachlapane pianką do golenia lustro może przecież stać się tą falą, o którą rozbije się Wasz udany, jak dotąd, związek. Monotonia dnia powszedniego może okazać się zabójcza dla tego, co pielęgnowałaś i grałaś jak rolę w teatrze. Dlatego boisz się również, że wkrótce wysmażysz Waszą miłość na patelni razem ze schabowymi, zamieciesz i przetrzesz ją mopem, wyniesiesz do kosza PCK razem z używaną odzieżą. Poza tym, magiczny świat randek wymagał od Ciebie ciągłego podtrzymywania swojej atrakcyjności i pozostawania w stałej gotowości bojowej. A teraz ukochany zobaczy Cię przed wypiciem porannej kawy, w papilotach, biegającą w popłochu, rozrzucającą wszystkie ciuchy w poszukiwaniu pasujących do bluzki spodni. A kiedy taki ukochany obejrzy sobie z bliska Twój brak makijażu i zapędy bałaganiarskie to i jego okulary zostaną dostrojone. Więc tego też się boisz. A co z tak zwanym wspólnym gospodarstwem domowym? Już widzisz się w roli gosposi, sprzątaczki, kucharki. Już w myślach prasujesz jego koszule, pierzesz mu skarpetki, myjesz po nim wannę. I tyle? Tylko takie problemy masz z zamieszkaniem razem? Gratulacje! Nie masz żadnego problemu i możesz śmiało odpowiedzieć mu: „To wspaniały pomysł, kochanie! Tak! Zgadzam się!” A teraz próba sił. Mieszkacie razem i wszystkie obawy, które miałaś wydają Ci się śmieszne. Szara codzienność, której się obawiałaś zmienia się w kolorowy film. Nagle masz z kim spędzać leniwe wieczory przed telewizorem, posiłki przygotowywane dla dwóch osób bardziej Ci smakują, a zasypiania z nosem wtulonym w męski kark nie oddałabyś za komfort nie zbierania po domu jego skarpetek. Ukochany zachwyca się obcowaniem z Tobą „pro natura” bez makijażu, a Twoje ego rośnie wraz z jego akceptacją. Miłość kwitnie, bo kiedy już znajdowała się na skraju nudy i przyzwyczajenia nagle znalazła nowy aspekt, który pomaga jej w rozwoju – poznawanie się nawzajem w pełnym wymiarze godzin i w każdej sytuacji. Dowiadujecie się o sobie tyle, ile nie byliście w stanie przedyskutować na wielogodzinnych randkach. I wtedy dopiero pojawia się bestia – drobiazgi.[s] Bo jak wytłumaczyć fakt, że para bucha Ci z uszu, gdy widzisz dziury zrobione przez ukochanego nożem w maśle? Dlaczego zalewa cię krew za każdym razem gdy on zostawia szczoteczkę do zębów na brzegu wanny, chociaż już TYSIĄC RAZY go prosiłaś, żeby odkładał ją do specjalnie zakupionego w tym celu kubeczka? Jak to jest, że nie przeszkadza Ci zmywanie garów po obiedzie, a dostajesz piany na ustach, gdy on już czwartą z rzędu łyżeczkę wyjmuje z szuflady, żeby zamieszać nią w herbacie i wrzucić do zlewu? To są właśnie drobiazgi, które powoli drążą skałę Waszego związku. To te drobiazgi mogą sprawić, że bezpieczna przystań okaże się koszmarem, a Ty zderzysz się z przykrym wnioskiem: „To nie dla mnie. Nie pasujemy do siebie”.  Nie daj się! Myśl pozytywnie. Tylko pamiętaj, że faceta wychowuje się bardzo ciężko. I nie dlatego, że on cię nie kocha, nie zależy mu, jest wygodny. Dla niego po prostu drobiazgi nie istnieją. Nigdy nie zdarza się tak, żeby to mężczyzna dostawał wścieklizny na widok Twoich rozrzuconych na pralce kosmetyków. Drobiazgi to Twoja bestia, nie jego. On zwyczajnie nie zdaje sobie sprawy z ich znaczenia. Więc jeśli decydujesz się podjąć trudny proces wychowawczy to pamiętaj! Po wszystkich trudach jakie poniesiesz i kiedy już dostosujesz faceta do swoich wymagań, kiedy już nauczysz go opuszczać klapę w toalecie i korzystać z wieszaków na ubrania a nie krzeseł to może się okazać, że osłabiłaś mu system i znudzonego ciągłą musztrą podprowadzi ci jakaś laska. Bo taki wstępnie ułożony facet to smakowity kąsek… Nie pozwól więc, by drobiazgi zasłoniły Ci to, co naprawdę ważne. Pielęgnuj to, co masz i staraj się zrozumieć męski sposób patrzenia. Nie jest on nawet w połowie tak skomplikowany jak Twój. I kiedy on mówi, że  nie ma ochoty na wypicie wina to właśnie, dokładnie i jedynie to ma na myśli. To nie znaczy, że Cię nie kocha, że mu się  nie podobasz, że jest Tobą znudzony. On po prostu nie ma ochoty na wino. Facet jest bardzo prosto skonstruowany. I chyba właśnie to sprawia nam tyle problemów. Więc kiedy będziesz miała ochotę zrobić mu karczemną awanturę za kolejny drobiazg wagi ciężkiej, to przypomnij sobie, że on nie robi tego celowo, złośliwie, że nie chce Ci tym nic przekazać, a już na pewno nie wysyła sygnału, że Cię nie kocha, bo dla niego drobiazg ten ma wagę mniej niż kogucią. Wspólne zamieszkanie odsłania wiele subtelnych różnic charakterów, ale to właśnie umiejętność radzenia sobie z takimi problemami umacnia i cementuje związek. Tak więc propozycja mieszkania razem to sprawdzian Waszej dojrzałości. Teraz okaże się czy potraficie pielęgnować to, co macie, na ile potraficie pozbyć się egoistycznych zapędów i na ile umiecie zmienić myślenie „ja” na „my”. Dotyczy to niestety głównie kobiet, bo tak już jest ten świat urządzony, że artykuł dla kobiet o wspólnym mieszkaniu zawiera prawie 1000 słów, a bliźniacza wersja dla mężczyzn jedno tylko jedno zdanie: „Nie widzę przeszkód”.

Przeczytaj artykuł »  

O jednej z rzeczy nieskończonych;)

Autor: | Data: 03-18-2007 | Kategoria: Felieton | Komentarzy: 10

Agnieszce N. Mam nadzieję, że tekst wyda Ci sie wystarczająco pozytywny... Albert Einstein zwykł mawiać, że istnieją tylko dwie rzeczy nieskończone: wszechświat i ludzka głupota. Jednak dodawał zawsze, że co do tego pierwszego są jeszcze wątpliwości. I rzeczywiście, choć potrafimy mierzyć nawet prędkość światła, czy atomu, poznawać wiek skamieniałości, to głupoty zmierzyć nie potrafimy. A szkoda, bo myślę, że stan ten od czasu do czasu w pewnym stopniu dotyka każdego z nas. Nie raz robiliśmy coś bezmyślnie i do dziś sie z tego śmiejemy. Problem zaczyna sie jednak wtedy, gdy na skutek jakiegoś niezbyt mądrego pomysłu znaleźliśmy sie w sytuacji, która wywołuje w nas wciąż zupełnie przeciwne emocje lub skończyło sie to jeszcze gorzej...   Moje przemyślenia zaczęły się od historii pana D., znajomego mojego taty z firmy, o człowieku, który włożył sobie w odbyt butelkę po keczupie (sic!) bo miał biegunkę, a chciał uczestniczyć w pewnym ważnym dla niego party.Niestety butelki po keczupie nigdy nie są prawdziwymi przyjaciółmi. Nader często okazują się złośliwe i okrutne.Taka była i owa butelka, która wślizgnęła się za głęboko i skazała biednego właściciela na długa i skomplikowaną operację... Potem kolejna z cyklu historii prawdziwych:pan (nazwijmy go X) chciał uprzyjemnić sobie życie wpychając pewną część swojego ciała (tę, która ma tylko połowa populacji, a podobno nawet mniej) do otworu w kranie wanny.Niestety część ta ma zwyczaj puchnąć w momentach przyjemnych, acz nie zawsze odpowiednich.Opowieść zakończyła się tragikomicznie.Tragi dla właściciela złośliwej części, komicznie dla kilku strażaków, którzy odpiłowywali kran, trzymając wspomnianego pana za wiadomą część. Bo nie zawsze wystarczy prosta interwencja pogotowia. Jeden z Gorzowskich taksówkarzy opowiada natomiast o sytuacji zwanej przez tubylców „historią żarówki”.Podobno w maju kilka lat temu, podczas juwenaliów, jeden ze studentów założył sie z kolegami, że włoży sobie do ust żarówkę. Choć włożył i wygrał piwo, które było przedmiotem zakładu, nie czuł sie szczególnie komfortowo. Żarówki bowiem w żaden sposób nie dało sie z jamy ustnej usunąć. [s]Trzeba było jechać do lekarza, więc poproszono o pomoc owego taksówkarza, który nadaje historii rozgłosu. Najśmieszniejsze jest to, że kiedy pierwszego z naszych bohaterów odwieziono do akademika uratowanego, taksówkarz musiał ponownie przemierzyć trasę do szpitala. Wiózł bowiem 3 przegranych we wspomnianym zakładzie żaków, wszystkich z żarówkami w rozwartych buziach Kiedy lekarz uwolnił ich wszystkich od brzemienia wynalazku Edisona, powiedzieli odwożącemu ich taksówkarzowi, że „jakoś nie mogli uwierzyć, że żarówki nie można wyjąć”... Nie wiem czy historia ta jest prawdziwa, ale sądzę, ze jej autentyczność można łatwo sprawdzić;). Kiedy kończy sie czymś więcej niż chwilami zażenowania i okaleczeniem ciała, można otrzymać specjalna nagrodę. Nazwano ją – nie wiem czy słusznie - na cześć twórcy ewolucjonizmu „nagroda Darwina”. Corocznie specjalna komisja nagradza jednego z tych, którzy zmarł, lub poniósł poważne obrażenia w najgłupszy sposób. Można zdobyć dość pokaźną kwotę (dla siebie lub...swojej rodziny) ale nie wiem, czy jest o co walczyć. Niegdyś zdobywcą owego lauru byłą być może osoba, którą jako pierwszą przygniótł automat do batonów. Jednak obecnie, ze względu na to, że 2 osoby rocznie (!) giną zawzięcie wytrząsając zaklinowane słodycze, raczej się za to nagrody nie dostanie. Liczy sie bowiem nowatorstwo. Pan Z, który lubił umilać sobie życie i czas za pomocą urządzenia do pompowania kół ustawionego na ssanie raz jeden tylko popełnił błąd. Użył maszyny włączonej na tryb pompowania. Nagroda została przesłana rodzinie... Wniosek, który mi sie nasuwa, jest taki, że czasem warto pomyśleć dwa razy. Nikogo z Nas nie posądzam o tak wyrafinowaną bezmyślność, ale warto unikać przykrych sytuacji, nawet o wiele mniej spektakularnych. Jest takie chińskie przysłowie apropos nierozsądnych wypowiedzi: „Zanim coś powiesz, obróć 7 razy język w ustach”. Mi nigdy się to nie udaje;), ale szczerze przyznam, że chciałabym sie tego wreszcie nauczyć. Marta Mozol trochę inaczej:P ps. Myślę, że należałoby wyprodukować specjalny Miernik Chwilowej Głupoty Organizmu. Działałby podobnie do alkomatu, a przy wskazaniach wyższych niż norma nie można by używać ostrych czy elektrycznych przedmiotów, najlepiej, aby w ogóle nie wychodzić  z domu . Nie jestem jednak pewna czy to zdałoby egzamin, bowiem ludzka pomysłowość, niestety także w stanach chwilowego zaćmienia umysłu, nie zna granic.

Przeczytaj artykuł »  

Z okazji Nowej Kalendy.

Autor: | Data: 01-18-2007 | Kategoria: Felieton | Komentarzy: 10

Świat nie miał początku i nie będzie miał końca. Ruch jest wieczny, tak jak i czas, który go mierzy; pojęcie teraźniejszości zawiera pojęcie przeszłości i przyszłości. Arystoteles.poniższy tekst dedykuję Jasiowi NNowy początek ma dla mnie zapach grapefruita. Słodko – gorzki, ciekawy, intrygujący, egzotyczny. Ma smak podróży. Dlatego lubię wyjechać na sylwestra. Z biletem i miejscówką głęboko wciśniętymi w kieszeń wyobrażam sobie, ze podążam w nieznane. Ku wyzwaniom innego, lepszego, bo nieznanego jeszcze czasu. Ku nowej sobie.Potem odzywa się we mnie harda realistka. Wszystko wydaje mi się śmiesznym i cynicznym. Świętowanie upływu czasu jest jak dance macabre. Ponadto, czasu upływa ciągle. 31 grudnia czy 1 stycznia nie wydarzyło się nic, co mogłoby zmienić świat. Czas liczymy, owszem, od narodzenia Chrystusa, co chociażby dla wierzących mogłoby mieć jakieś znaczenie. Jednak po pierwsze wszyscy wiemy, że data pomylona, bo Chrystus urodził się kilka lat wcześniej (czy też później, nigdy nie pamiętam), po drugie przyszedł On na świat, tak jak rodzi się przyroda – wiosną. A ten 1 styczni przyjął się tak po prostu – wtedy rzymscy politycy obejmowali urzędy. U nas wybory co 4, 5 lat i to zwykle na przełomie lata i jesieni. Cesarstwo dawno upadło.Stąd byłam kiedyś miłośniczką trendu obchodzenia nowego roku wraz z wiosennym świętem przesilenia. Czułam się po trosze jak wikkanka znająca wielkie tajemnice przyrody, po trosze jak rodzona córa pradawnych przodków, a po trosze jak część odradzającej się natury. Paliłam kartki z solennymi postanowieniami na lepsze życie – lepszy cykl płodności Matki Ziemi.Było to patetyczne, magiczne i szalone. Dało mi wiele wrażeń, których potrzebuje młoda nieopierzona buntowniczka. [s]Teraz jednak myślę że nic nie ma prawdziwego końca i początku. Wszystko przechodzi jedno w drugie, toczy się cyklicznie i zmienia subtelnie.A człowiek lubi się niestety przyzwyczajać. Wpada w rutynę i nie widzi zmian, nie zauważa, że lepsze jest wrogiem dobrego. Ustawia rytm dnia powtarzając się jak mantra, jakby zaprzeczając temu, że wydarzenia nie mają w zwyczaju wydarzać się ponownie, że nie da sie wejść dwa razy do tej samej wody, ze każda chwila niesie ze sobą pewne zmiany.   Kiedy zatrzymuję się wszystkim, najczęściej jest zaskoczony, że „wszystko potoczyło sie tak szybko”, „jeszcze niedawno..., a teraz...”. Dlatego zaczynam „coś zupełnie nowego” tak często jak tylko się da. Każdy sylwester, dzień wiosny, urodziny, rocznica jest dla mnie początkiem zupełnie nowego życia. Stosuję politykę grubej kreski – staram sie zapominać sobie i wybaczać wszelkie dawne błędy, po uprzednim wyciągnięciu z nich wniosków. Staję przed sobą zupełnie inna – obcinam włosy, mówię sobie, że jestem dojrzalsza, zmieniam nieco wizerunek. I daję sobie czyste konto – przypisuję cechy które chciałabym mieć, zupełnie jakbym już je miała. Wtedy przychodzi wiara, że czeka mnie dużo dobrego, że życie będzie zaskakiwać, że da mi wiele wzruszeń i wiele wyzwań. Staram sie też ustalić swoje aktualne położenie : dostrzec przyjaźnie chylące sie ku upadkowi i zastanowić, czy warto coś robić w tej sprawie; odrzucić te z rzeczy, które zwykłam robić, choć  tak naprawdę mi to nie w smak, a co jeszcze chciałabym zrobić, kim być, czego spróbować. Kiedy zrobię już powyższe „porządki” pakuję się i wsiadam do pociągu. Jadę do przyjaciół, albo z przyjacielem, ale najbardziej sama z sobą. Na drogę kupuję tabliczkę czekolady. I koniecznie grapefruita o zapachu nowego początku...Ps. Życzę wielu nowych wyznań, lepszych początków, spełnienia marzeń tak nierealnych, że nawet nie śmiecie o nich marzyć. I do zobaczenia gdzieś po drodze.  

Przeczytaj artykuł »  


(Strona 3 z 6)   « Poprzednia 1 23 4 5 6 Następna »